Ta niezwykła wyprawa odbywała się od 5 do 8 sierpnia 2008r. Dlaczego niezwykła? Spróbuję zaraz to wyjaśnić. Już pierwszego dnia miałem mnóstwo atrakcji, min.Bieszczadzki Park Narodowy (tu moje ukłony i podziękowania dla p. Leopolda Bekiera, który jest zastępcą dyr. BPN, który wwiózł mnie na Rozsypaniec). Rozsypaniec to piękne miejsce, które zostało wniesione na 1280 m.n.p.m. w paśmie granicznym Bieszczad - było naprawdę super. Potem mała przekąska (naleśnik z jagodami - pycha!) i ruszam dalej, tym razem z Krzysztofem Jabłońskim (ps. Jabol), krótko opiszę tą ekstra osobę - Jabol jest naszym przewodnikiem, podejrzewam, że zna dosłownie każdy kamyczek w Bieszczadach,choć na co dzień zajmuje się czymś innym... Więc po ,,szamanku” ruszyliśmy prosto do Cerkwi w Smolniku - też piękne miejsce, właściwie wszystko mi się podobało, więc słówko ,,Piękne” i jego odmiany będą się często pojawiały. Później wyruszyliśmy, też z Jabolem na punkty widokowe, nie będę wymieniał ich nazw, bo nawet nie pamiętam ile ich było (było ich tak dużo, że nawet wytrawnemu matematykowi niełatwo byłoby je zliczyć), ale powiem tylko ,że było Przepięknie. W środę Jabol przyprowadził super ,,gościa” - pana Wojtka. Nie wiem skąd go wytrzasnął (podobno mieszka aż pod Warszawą), ale ważne że miał terenówkę 4x4 wyposażoną w najnowszą technologię GPS, ale te cudeńka nie na wiele nam się przydały, Jabol kazał je po prostu wyłączyć i chyba miał rację z tym wyłączeniem nawigacji. Jabol wyprowadził nas w ,,Pole” z tą różnicą od GPSu, że to „pole” było wniesione na ok. 600-700 m.n.p.m. i dookoła wyłaniała się przepiękna panorama Bieszczad - wspaniałe miejsce na piknik, ale my ruszaliśmy dalej, tzn. dalej uprawialiśmy turystykę samochodową. Śmigaliśmy przez Brody (przejazd po rzece), doliny, góry , lasy i tak przez 5 godzin. Myślicie państwo, że to męczące, Tak ale nie dla mnie! Moi rodzice i Jabol faktycznie byli ,,Padnięci” i po powrocie wszyscy popadali jak muchy. Ale dla mnie było to naprawdę ,,Wypas” przeżycie. W czwartek już bez p. Wojtka, zrobiliśmy sobie piknik na ,,wzgórku” z widokiem na jezioro Solińskie leakko pokryte żaglami – byczyliśmy się tak przez 3 – 4 godzinki i pojechaliśmy zobaczyć miniaturki cerkwi, a przy okazji odwiedziliśmy pobliskie mini zoo... I tak zakończyła się wyprawa z Jabolem i w sumie też cała wyprawa… W piątek z rodzicami próbowałem się dostać do grobu Hrabiny, ale niestety z powodu ,,nieprzyjaznego” szlaku nie udało się odwiedzić tego miejsca. Reasumując wyprawa w Bieszczady powiodła się w 99% (1% to ten grób Hrabiny), nawet śmiem twierdzić, że zwiedziłem więcej niż ,,normalny”, przeciętny turysta, choć zdaję sobie sprawę, że zostało mi jeszcze wiele do zwiedzenia.